Wracałem z pracy później niż zwykle. Ciemno już było, zimno, mżawka. Nieprzyjemnie.
Prawie dochodziłem do domu, kiedy zaczepiła mnie grupka dzieciaków. Sami chłopcy.
Przebrani za amerykańskich baseballistów. Stroje mieli co prawda niekompletne,
brakowało kilku istotnych drobiazgów, ale kije, przyznać trzeba, wyglądały
całkiem solidnie.
- Cukierek, albo psikus - wychrypiał najmniejszy z chłopców, kiedy
podeszli już całkiem blisko.
Najmniejszy… No tak, niecały metr osiemdziesiąt, lekko licząc.
- Nie mam cukierków - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, zastanawiając się
równocześnie, na czym właściwie, ich zdaniem, miałby polegać ewentualny psikus.
- Może być gotówka. Kupimy sobie batoniki.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Trzysta pięćdziesiąt „snickersów” -
to mogło im zaszkodzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz