piątek, 1 czerwca 2012

Punk Tadeusz. Epizod dwudziesty drugi


Tadeusz postanowił upiec ciasto. No tak, nie ma się co śmiać. Potrzebował „wejściówki” ma imprezę.
Marysia urządzała bowiem przyjęcie. Zasada była prosta – każdy musi przynieść własnoręcznie wykonany wypiek. Kto nie przyniesie, nie wchodzi. I od zasady tej nie było wyjątków.
Tadeuszowi zaś bardzo zależało na tym, żeby wejść na to przyjęcie. Rzadko bywał na przyjęciach. A przecież każdy kulturalny człowiek powinien bywać. Powinien udzielać się towarzysko. Łyknąć od czasu do czasu trochę kultury. Odchamić się. Tak, Yabolman czuł nieprzezwyciężoną potrzebę odchamienia się. Koniecznie.
I wcale nie chodziło o to, że Marysia zaprosiła na to przyjęcie tylko kilka najbliższych koleżanek. Ani o to, że wszystkie te koleżanki były równie atrakcyjne jak gospodyni. Prawie. A już najmniej o to, że impreza miała formę „pidżam party”.
Tadeusz zaś widywał pidżamę Marysi. Czasami. Jeśli wiedziona jakimś kaprysem zdecydowała się ją założyć. Był to widok, od którego mózg Yabolmana topniał jak świeczka na urodzinowym torcie. Z podsłuchanych, zupełnie przypadkiem, rozmów telefonicznych, pełnych wesołych żarcików i radosnego przekomarzania, wywnioskował, że zaproszone koleżanki mają do bielizny nocnej podejście równie frywolne jak Marysia.
Zatem na imprezie powinno się znaleźć osiem ponętnych kobiet, osłoniętych ilością materiału odpowiadającej powierzchnią niewielkiej chusteczce do nosa. I Tadeusz. W koszulce Dezertera i bokserkach z Kubusiem Puchatkiem.
Jeśli tylko uda mu się upiec to cholerne ciasto.
Jeszcze raz przeczytał uważnie przepis. Jajka są. Mąka, margaryna, cukier, wiórki kokosowe i oczywiście proszek do pieczenia. Wszystko pożyczył od sąsiadki. Obiecał, że odda. Tylko za proszek musiał zapłacić. I to słono. Ale sąsiadka przysięgała, że to najlepszy proszek na rynku. Pewnie jakiś „Dr Oetker”. Trudno powiedzieć, na foliowej torebce nie było nazwy producenta.
Co najpierw? Rozetrzeć margarynę z cukrem. Łatwizna. Tadeusz sięgnął do szafki i wyciągnął mikser. Napił się wina. To będzie chwila. Ustawił od razu na największe obroty i włączył. Wyłączył. Mogli, jasna cholera, napisać żeby tego nie robić na płaskim talerzu. Miska, gdzieś tu powinna być miska. Otóż to. No to jeszcze raz. Musi się udać. Łyknął jeszcze troszkę. Proszę bardzo, śliczna jednolita masa. Co dalej? Dodawać mąkę zmieszaną z proszkiem, na przemian z jajkami. Cholera, nie napisali ile dać tego proszku. Pewnie cały, przecież nie zaszkodzi, nie? Pyszne to wino. Jak zwykle. To dziwne, ale chyba jeszcze nigdy nie pił niesmacznego wina. A jajka? W skorupkach, czy bez? Gdzieś czytał, że w skorupkach jest dużo minerałów i tego, no… wapnia. Chyba wapnia. Ale w końcu to ciasto nie kamieniołom. Więc może bez skorupek? Pamiętał, że gdy kiedyś jadł ciasto, to coś w nim chrupało. To mogły być skorupki. Albo orzechy. Kurdelebele, nie miał orzechów. O masz, wino się skończyło. Otworzył następne. Cztery jajka. Szlag by trafił te jajka. To może dwa w skorupkach, a dwa bez? Prawdziwie salmonellowe rozwiązanie. Sięgnął po butelkę. No i po kłopocie. Skoro się potłukły, to niech będzie bez skorupek. Trudno. Wsyp wiórki i jeszcze raz dokładnie wszystko wymieszaj. I zrobione. Przygotuj formę. Pięknie. Tadeusz od lat nie ćwiczył. Od wielu lat. Właściwie, to nigdy nie ćwiczył. Ale chyba był w formie. W końcu, jak by nie patrzeć – bohater. Wysmaruj olejem i wysyp bułką tartą. Kilka łyczków wina… Aaa, formę… To trzeba było tak od razu. Przełożył ciasto do foremki. Piec przez około czterdzieści minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni.
- Jak to piec? W piekarniku? – spytało ciasto.
- No, w piekarniku – odpowiedział Yabolman.
- Ale przecież to mnie zabije!
Faktycznie. Ponad pół godziny w takiej temperaturze… Kto to wytrzyma?
Zapadła cisza. Ciężka jakaś taka. Yabolman nie bardzo wiedział co powiedzieć. Szczerze mówiąc, był zaskoczony. Troszkę. W swoim długim i pełnym przygód życiu prowadził już różne rozmowy. Ze zwierzętami, roślinami, czasami przedmiotami, z bytami różnymi. Niematerialnymi nawet czasem. Ze smokami, strzygami, wilkołakami i wampirami. Normalka. Przynajmniej dla superbohatera.
Ale ciasto? Co można powiedzieć ciastu, które nie chce być upieczone?
- Przykro mi. Żegnaj. – Tadeusz błyskawicznie wsunął foremkę do piekarnika i zamknął drzwiczki.
- Sadysta! Zwyrodnialec! Morderca! – wrzeszczało ciasto. Coraz ciszej. I ciszej. Wreszcie zamilkło.
***
Babka kokosowa była hitem przyjęcia. Marysia i wszystkie jej koleżanki zgodnie, choć nieco może bełkotliwie, stwierdziły, że w życiu nie jadły równie udanego wypieku. Ale Yabolman nie słyszał tych pochwał. Całą imprezę przesiedział w toalecie, targany wyrzutami sumienia.

Punk Tadeusz. Epizod dwudziesty pierwszy


„Samobójstwa ciągle wkoło, by narodzić się na nowo” – MOSKWA
Szymon postanowił się utopić. I nie było w tym niczego dziwnego. Bo co niby miał zrobić? Pewnie, wolałby rzucić się z jakiegoś malowniczego urwiska. To byłoby bardziej widowiskowe. Choć może mniej estetyczne. Ale jedyne w miarę wysokie mrągowskie wzgórze, zwane szumnie Górą Czterech Wiatrów, urwiska niestety nie posiadało. W ogóle nie było przesadnie strome. Można się było z niego co najwyżej skulać. Mogło to być całkiem zabawne. Mogło być również, w pewnych okolicznościach, przyjemne. Ba, może nawet w jakiś sposób podniecające. Ale rozpatrywane w kategoriach próby samobójczej, wydawało się mało skuteczne.
Jeżeli zaś chodzi o utopienie się… Tutaj sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Było w czym wybierać. Przed przyszłym samobójcą otwierał się szeroki wachlarz możliwości. Zwolennik małych i niebyt głębokich akwenów wodnych mógł zdecydować się na Jezioro Magistrackie. Położone w centrum miasta, niedawno oczyszczone, otoczone niewielkim parkiem, nowiutkimi, żwirowanymi alejkami przy których stały równie nowe, wygodne ławeczki. Piękne.
Albo Sołtyskie. Też niewielkie. Nie tak może zadbane, lecz przecież także urocze.
Można też było zdecydować się na któreś z licznych jeziorek położonych w okolicznych lasach. Idealne miejsca dla lubiących spokój. Nie tylko wiekuisty.
No i oczywiście było jeszcze Juno. Ale Szymon dziwnie nie lubił tego jeziora. Właściwie bez powodu.
Ostatecznie jego wybór padł na Jezioro Czos. Bardzo medialne. To znaczy, często goszczące w mediach. Szczególnie latem. I szczególnie w telewizji publicznej. Amfiteatr. Piknik Country, Mazurska Noc Kabaretowa, Festiwal Kultury Kresowej… Takie tam.
Szymon nigdy nie był snobem, ale zakończenie ziemskiego żywota, tego żywota, ma się rozumieć, w miejscu powszechnie znanym wydało mu się… Nobilitujące? Pociągające? Trudno powiedzieć.
Pewnej wrześniowej nocy poszedł na plażę przy ulicy Grunwaldzkiej. Dlaczego właśnie tam? Nie chciało mu się tłuc na plażę miejską. Za daleko. Tym bardziej, że taszczył ze sobą stary grzejnik olejowy i kilka pordzewiałych żelazek. Jako balast. Z trudem wtargał całe to żelastwo na niewielką drewnianą wieżę zbudowaną na pomoście. Miał bowiem zamiar skoczyć. Nie lubił powoli wchodzić do jeziora. Szczególnie nie cierpiał tego momentu, gdy woda dochodziła do… No… Do meritum. Zawsze wskakiwał do wody z pomostu. Wiedział, że to niebezpieczne. Że może spowodować zatrzymanie akcji serca. Ale w tej konkretnej sytuacji było mu w zasadzie wszystko jedno.
Dokładnie sprawdził mocowanie balastu. Zaczerpnął głęboko, choć z goła niepotrzebnie, powietrza. I skoczył. Plusnęło i toń jeziora zamknęła się nad głową Szymka. Dość szybko opadł na dno. W końcu Czos to nie Rów Mariański. Jakiś pechowy rak chrupnął cicho trafiony jednym z żelazek. Jakiś węgorz prześliznął się miedzy żeberkami olejaka. Kilka małych żabek z wyraźnym zdziwieniem obserwowało nowy element podwodnego świata. A nowy element tracił właśnie resztki powietrza. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Koniec. A zarazem początek. Tak jak obiecywał Góru.
Szymek poczuł, że gaśnie. Poczuł również silne uderzenie w tył głowy. Coś, czy też może raczej ktoś, chwycił go za kołnierz kurtki i mocno szarpnął do góry. Wyciągnięty na brzeg i rzucony na trawę, nie zamierzał walczyć o oddech, ale kilka kopniaków w tyłek wychlupało z niego całą wodę. Chcąc, nie chcąc zaczął oddychać. Metoda ratunkowa, mało może ortodoksyjna, okazała się skuteczniejsza niż tradycyjne usta-usta.
- Ocipiałeś młody? – zapytał nieznany, szlag by go trafił, wybawca, stojąc wciąż za plecami niedoszłego topielca.
- Topić się? W twoim wieku? W takiej zimnej wodzie? Przecież życie jest piękne! – nieznajomy zamilkł na chwilę. Po czym dodał – Chociaż, kurwa, jest nowelą.
Szymon odwrócił się by udzielić jakiejś zjadliwej odpowiedzi, ale za nim nie było już nikogo. Nieznajomy zniknął. A wraz z nim zniknął cały balast. Szymon zrezygnowany, ociekający wodą i coraz bardziej zmarznięty powlókł się do domu.
***
Tymczasem, po drugiej stronie Jeziora Czos, przy Źródełku Miłości, kończyła się właśnie cotygodniowa orgia miejscowej OSP.
***
Jakoś tak na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia mrągowskie targowisko przeżywało prawdziwy najazd zabużańskich handlarzy. Drobnych, ale doskonale zaopatrzonych. U „Ruskich” można było kupić wszystko. Tak jak teraz na Allegro. Z tym, że na Allegro trudno jest o broń. U „Ruskich” zaś broń można było nabyć bez trudu. Granaty, kałachy, stary (ale wciąż na chodzie) T-34. Żaden problem. Wszystko było jedynie kwestią ceny. A w przypadku uzbrojenia nie posiadającego własnego napędu, również transportu.
To właśnie w tamtych wesołych czasach ojciec Szymona kupił sobie rewolwer. Identyczny, jak te w westernach. Z kompletem nabojów. Ot tak, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo kiedy się człowiekowi przyda porządny, choć bez wątpienia wiekowy, rewolwer.
Szymon uznał, że przyda się właśnie teraz.
Po ciężkiej grypie, która była skutkiem wrześniowej kąpieli w Czosie, zniechęcił się do sił natury. Postanowił więc zawierzyć swoje życie technice. Nieodwołalnie. I ostatecznie. Wyciągnął ze skrytki w piwnicy owinięty w zatłuszczone szmaty rewolwer, wyczyścił go dokładnie, załadował, schował do kieszeni płaszcza i poszedł do parku. Tego, w którym znajdował się stary poniemiecki cmentarz. Tam zamierzał znaleźć odpowiedni klimat. Zresztą, przecież właśnie na cmentarz się wybierał. Docelowo. Czy też może raczej – tymczasowo.
Usiadł na pokruszonym nagrobku i zapalił papierosa. Wiedział, że szkodzą, ale w zaistniałych okolicznościach, wisiało mu to martwym nietoperzem. Wyciągnął broń, odciągnął kurek i przyłożył wylot lufy do skroni. Po chwili uznał, że to nie najlepszy pomysł. Nie był co prawda pewien, ale wydawało mu się, że może w ten sposób osiągnąć pewne niepożądane efekty uboczne. Proch osmali mu twarz. Mózg rozpryśnie się po całej okolicy. Będzie potem nieszczególnie wyglądał w trumnie. A na czym, jak na czym, ale na wyglądzie Szymonowi zależało. Mimo wszystko.
Odsunął rewolwer od skroni na długość ramienia. Nie wiedział czy to wystarczająca odległość, ale więcej nie był w stanie osiągnąć.
- A co mi tam – mruknął pod nosem. – Raz się żyje!
- Co ja gadam. Co ja gadam. Jakie „raz się żyje”? Przecież wtedy to wszystko nie miałoby sensu. Zresztą, Góru obiecał…
Zamknął oczy, policzył do trzech i …
I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie.
Szymon nacisnął spust.
Coś ciężką dupnęło o ziemię za jego plecami.
Rewolwer w dłoni chłopaka zrobił się dziwnie ciężki.
Rozległo się głośne „ała”.
Szymon otworzył oczy i spojrzał w bok. Przez krótką chwilę oceniał sytuację, po czym odezwał się cicho. I grzecznie.
- Przepraszam, czy byłby pan tak miły i wyjął palec z mojej lufy? Znaczy, z lufy mojej broni. A właściwie, to z broni mojego taty.
- Byłbym – odpowiedział Yabolman. Bo któżby inny.
I wyjął. Najpierw palec z lufy, a potem lufę… znaczy rewolwer, z dłoni Szymona.
- To powiadasz młody, że to tatusia?
Chłopak skinął głową.
- Oj, to tatuś nie będzie zadowolony – Tadeusz wygiął wspomnianą już, wielokrotnie już wspomnianą, lufę w estetyczną podkówkę.
- No, to było na tyle. Trzymaj się. I dbaj o siebie chłopaku! Dbaj o siebie. Bo życie jest piękne.
„Chociaż, kurwa, jest nowelą” dodał Szymon w myślach. Po czym wstał i poczłapał do domu. A w jego głowie, zamiast dziury po kuli, pojawiło się graniczące z pewnością przypuszczenie, że tatuś faktycznie nie będzie zadowolony.
Nie był.
***
Marysia i Tadeusz spacerowali nad brzegiem Czosu. Opowiadał jej o ostatnich wydarzeniach.
- …i po chwili obaj byli pogięci. I młody, i jego rewolwer. - Zakończył wielokrotnie przemyślaną i przezabawną puentą. Czekał na wybuch śmiechu, ale Marysia milczała. Czas mijał, a ona milczała coraz bardziej. Jasny gwint!
- No dobrze, ale dlaczego on właściwie chce się zabić? – spytała wreszcie po dłuższej chwili.
- Pojęcia nie mam.
- Nie zapytałeś? Chłopak na twoich oczach dwukrotnie próbował popełnić samobójstwo, a ty nawet nie zapytałeś dlaczego? Uratowałeś go tylko i odleciałeś.
- Tak! – Yabolman był najwyraźniej urażony. – Uratowałem! Tylko!
Przez jakiś czas szli w milczeniu. Aż wreszcie dotarli do Źródełka Miłości. I stanęli jak wryci zaskoczeni niecodziennym widokiem. Nie co dzień bowiem, szczególnie późną jesienią, widuje się w mrągowskich parkach nagich mężczyzn leżących w niedbałych pozach wśród opadłych liści.
Leżeli tak sobie, zupełnie nieruchomo i uśmiechali się błogo. Wszyscy czterej.
- O rajutku! – jęknęli (zgodnie!) Marysia i Tadeusz.
Jeden z nagusów poruszył się nieznacznie i otworzył oczy.
- Dzień dobry – pozdrowił grzecznie przybyłych.
- Panowie – rzucił w stronę swoich kolegów. – mamy gości.
Panowie nie sprawiali wrażenia specjalnie przejętych tym faktem. Nie poderwali się z ziemi z okrzykami zażenowania, nie okryli niczym swojej nagości. Wymruczeli jedynie ciche słowa powitania i dalej oddawali się słodkiemu nieróbstwu.
- Czym możemy państwu służyć – zapytał ten, który pierwszy spostrzegł Marysię i Tadeusza.
Yabolman zaczął się zastanawiać czym faktycznie mogłoby mu służyć czterech gołych mężczyzn. I jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Beerwoman zaś nie zastanawiała się długo:
- Na początek jakąś informacją może – zaproponowała.
- Tak? – golas popatrzył na nią wyczekująco.
- Kim wy, do licha, jesteście i co tutaj robicie? Jeżeli można wiedzieć!
- Oczywiście, że można. To przecież żadna tajemnica. Jesteśmy mrągowskim oddziałem OSP i właśnie mamy orgię. Jak w każdą środę.
- Orgię? – zdziwiła się Marysia. – Strażacy?
- Jacy strażacy? – zdziwił się z kolei jej rozmówca. – Jesteśmy członkami międzynarodowej Organizacji Sadystycznych Pedziów.
- Aha – nic innego nie przyszło Marysi do głowy.
Natomiast Tadeuszowi i owszem:
- Jakaś taka statyczna ta wasza orgia – Tadeusz bowiem obejrzał w swych życiu kilka filmów. Różnych. A nawet bardzo różnych. Były wśród nich „te” filmy. Ze dwa. No, może trzy. Na ich podstawie wyrobił sobie zdanie na temat udanej orgii. I kojarzyła mu się ona ze wszystkim, tylko nie z bezruchem.
– Tak sobie leżycie i nic? Już? Wszystko? Nie żebym był rozczarowany, czy na coś liczył, ale to dziwne takie jakieś.
- Chciałbym zwrócić twoją uwagę na słówko „sadystycznych” w nazwie naszej organizacji. Każdemu z nas największą przyjemność sprawia nie sprawianie pozostałym żadnej przyjemności.
- Aha – Yabolman nawet nie próbował udawać, że zrozumiał.
Marysia tymczasem zauważyła, że spojrzenie ich rozmówcy staje się jakby nieco lubieżne. Jej niechęć do noszenia jakiekolwiek bielizny, połączona z zamiłowaniem do obcisłych, głęboko wydekoltowanych bluzeczek oraz wyjątkowo krótkich spódniczek (które Tadeusz nazywał wyjątkowo szerokimi paskami) sprawiały, że zdążyła już przywyknąć do lubieżnych spojrzeń rzucanych w jej kierunku. Ale tym razem oczy całej OSP wlepione były w Tadeusza. Poczuła się brzydka i niepotrzebna. I nie było to miłe uczucie.
- No, to skoro już wszystko wiemy – złapała Yabolmana za rękę, - to chyba nie będziemy panom przeszkadzać. Do widzenia!
- Pewnie – zgodził się natychmiast jej towarzysz, który może i nie do końca rozumiał o co chodzi, ale miał w końcu jakąś tam intuicję. A tej intuicji zaczynało się właśnie robić nieswojo. – Do widzenia.
- Do widzenia. Oby.
***
- Wiesz Marysiu, dziwne jakieś te pedzie.
- Nie mówi się „te pedzie”, Yabolku.
- Ci pedziowie?
- Homoseksualiści Yabolku, homoseksualiści.
- Ale przecież oni sami…
- Im wolno!
***
Szymon był uparty. Wyjątkowo uparty. Jeszcze raz dokładnie przemyślał całą sprawę i wydawało mu się, że w końcu znalazł najlepsze rozwiązanie. Ostateczne.
Fakt, w Mrągowie nie było porządnego, nadającego się do jego celów urwiska. Ale było kilka nieźle usytuowanych budynków. Szczególnie jeden, na Osiedlu Brzozowym. Żaden tam drapacz chmur. Cztery piętra jedynie. Ale stal na wcale wysokiej skarpie. Jeśli dobrze się rozpędzi – a dach dawał taką możliwość – i mocno wybije, to powinien wylądować na samym dole, na parkingu przed „Biedronką”. W postaci mokrego, czerwonego placuszka. I żaden szmaciarz nie będzie go w stanie odratować.
Pomysł był świetny. Szymon zapisał się nawet do sekcji lekkoatletycznej w miejscowym klubie. Po miesiącu intensywnego trenowania skoku w dal, stwierdził, że jest gotów.
Pewnego słonecznego kwietniowego popołudnia, jak ten czas leci swoją drogą, wszedł na wybrany dach. Najpierw krótka rozgrzewka, potem długi rozbieg, skok i …
I uderzył w przelatującego właśnie, niby przypadkiem, Yabolmana. Bolało. Bolało jak jasna cholera, ale nie dawało efektu wspomnianego wcześniej placuszka. Tego mokrego i czerwonego.
- No dobra młody. Wystarczy tego dobrego. Całą zimę cię szukałem. Nawet przy Wigilii musiałem się nasłuchać jaki jestem bezmyślny i nieczuły. Lecimy.
Szymon chciał zapytać dokąd, ale nie odzyskał jeszcze oddechu po zetknięciu z twardą jak stal piersią superbohatera. Choć nie wykluczone, że była to stalowa klamra przy szerokim pasie Yabolmana.
Pół godziny później Szymek popijał gorące kakao i czerwony jak dojrzały pomidor, patrzył w oczy Beerwoman. Jeśli akurat podniósł nieco wzrok.
- …i Góru powiedział, że to nie problem – opowiadał. -  Że ma chody na tamtym świecie. Za niewielką opłatą załatwi mi tę całą reinkarnację. Że najpóźniej w przeszłym roku narodzę się na nowo. Tylko, że najpierw muszę, wiecie…
- Wiemy – Marysia wiedziała. Tadeusz się domyślał. – Tylko ciągle jeszcze nie powiedziałeś najważniejszego. Dlaczego?
- Bo Góru obiecał - Szymon zaczerwienił się jeszcze bardziej, - że w następnym wcieleniu będę chłopakiem Paris Hilton.
Nawet Yabolman był zaskoczony.
- Przecież to nie możliwe.
- Jak to nie możliwe – obruszył się Szymon. – A co ja? Gorszy?
- Nie o to chodzi – Marysia nie lubiła pozbawiać innych ludzi złudzeń, ale tym razem nie miała wyjścia. - Posłuchaj, jeśli nawet urodzisz się ponownie w przyszłym roku, to żeby być czymkolwiek chłopakiem będziesz musiał poczekać ze dwadzieścia lat…
- Albo chociaż siedemnaście – dodał Tadeusz.
- Albo siedemnaście – zgodziła się Marysia.
- Nie szkodzi, ja mam czas – Szymon ciągle nie dostrzegał luki w swoim rozumowaniu.
- No tak, ale policz chłopcze, ile lat będzie miała wtedy Paris Hilton.
Policzył.
- Ojej.
- No właśnie. Ojej. – Marysia przytuliła załamanego chłopca do swojego cudownego biustu i pogładziła czule po głowie.
- Słuchaj młody – Tadeusz stwierdził, że powinien jeszcze coś załatwić. – Młody! Młody!!!
- Tak?
- Daj no mi adres tego swojego Góru.
- Czyj? – wciąż przytulany i głaskany miał wyraźne kłopoty z koncentracją.
- Góru! Tego, który ci obiecał, że będziesz chłopakiem Paris Hilton.
Szymon oswobodził się z objęć Beerwoman. Nabazgrał coś szybko na kartce i wrócił tam, gdzie było mu tak dobrze. Tak mięciutko. Tak ciepło. Gdyby ktoś teraz pokazał mu zdjęcie Paris Hilton, nie wiedziałby pewnie o kim mowa. Terapia Marysi czyniła cuda.
***
Mateusz Górecki, znany szerzej jako Góru, wyglądał jak Jack Sparrow. Ten pirat z Karaibów. Mógłby bez żadnych zabiegów charakteryzatorskich zastąpić Johnego Deppa w kolejnej części filmu. Ale nie myślał o karierze aktorskiej. Siedział w fotelu i nauczał. Nie przeszkadzało mu, że ma tylko jednego słuchacza. Ważne, żeby ten słuchacz zapłacił. Gość nie wyglądał co prawda na nadzianego, ale Mateusz nie gardził żadną kwotą. „Tu dycha, tam dycha, będzie na kielicha” – mawiał. Przeczytał kiedyś jakiś dodatek do „Wyborczej” poświęcony religiom Dalekiego Wschodu. Trochę zapamiętał, trochę sam wymyślił i teraz wciskał kit różnym frajerom. I jakoś wiązał koniec z końcem.
Tadeusz siedział po turecku na podłodze i słuchał tego pitolenia bez specjalnego zainteresowania. Cierpły mu nogi. Męczyło go pragnienie. I był coraz bardziej wkurzony. Najbardziej denerwował go fakt, że wciąż nie wiedział co zrobić z łachmytą, który tak skutecznie prał mózgi młodziakom takim, jak Szymon.
Tymczasem Góru przeszedł do tej części wykładu, która zawsze najbardziej działa na wyobraźnię słuchaczy:
- Nasza religia łączy się również z różnymi ciekawymi obrzędami o charakterze seksualnym…
- Otóż to! Seksualnym! – ucieszył się Yabolman.
Góru, który nie spodziewał się aż tak żywiołowej reakcji, spojrzał na niego pytająco.
- A powiedz mi mistrzu, te obrzędy… czy w grę wchodzą również orgie?
- Jeśli tylko wierni tego pragną – odpowiedział ostrożnie Góru, zadowolony, że nazwano go mistrzem. Aż dziwne, że sam na to nie wpadł.
- To świetnie – cieszył się coraz bardziej Tadeusz. – A jaki dzień tygodnia dzisiaj mamy?
- Środę – odpowiedział zaskoczony Góru i pomyślał, że trafił na świra większego niż wszyscy dotychczasowi razem wzięci. Cóż, ryzyko zawodowe. Jak się robi w religii, trzeba się z tym liczyć. Sprawdził odruchowo, czy ma pod ręką posążek siedzącego Buddy.
- Środę! – entuzjazmował się Tadeusz. – To wspaniale!
Po czym błyskawicznie poderwał się na nogi i zdzielił Góru w głowę. A potem zawinął nieprzytomnego w dywan, zarzucił sobie na ramię i wyleciał przez okno.
Kiedy dotarł do  Źródełka Miłości, orgia OSP trwała w najlepsze. Superbohater wylądował w samym jej środku. Sadystyczni pedzie, początkowo przestraszeni, oniemieli z zachwytu na widok wydobytego z dywanu Góru. Widać było, w końcu wciąż byli goli, że orgia nabierze rumieńców.
- To ja lecę – powiedział Yabolman. – Nie będę przeszkadzał. A ty – zwrócił się do Góru – potraktuj to jako wyjątkowe przeżycie religijne.
I odleciał w poczuciu dobrze spełnionej misji. Szanował bowiem poglądy innych ludzi. Nawet te, których do końca nie rozumiał.

Punk Tadeusz. Epizod dwudziesty


„Droga pani z telewizji” – LOMBARD
Co tu dużo gadać, Yabolman stał się sławny. Może nie tak sławny, jak Doda, ale na pewno sławniejszy niż Jola Rutowicz. Z tym, że oczywiście był o całe niebo ładniejszy od Joli. Choć to w sumie żadna sztuka. Każdy jest od niej ładniejszy.
Zaczęło się niewinnie. Króciutkie wzmianki w prasie lokalnej. Bardziej na zasadzie plotek, niż sprawdzonych informacji. Potem, w miarę jak coraz więcej osób widziało go w akcji, notki prasowe rozrastały się. Pojawiły się wywiady ze świadkami wyczynów Yabolmana, z uratowanymi przez super-bohatera, z przypadkowo poszkodowanymi, wypowiedzi miejscowych notabli, zarówno świeckich, jak i kościelnych, reportaż ze spotkania założycielskiego pierwszego fanklubu. Zaczęli się pojawiać naśladowcy. Chociaż niekoniecznie przejawiali chęć walki z pleniącym się jak chwasty złem. Ale przyznać trzeba, że sprzedaż tanich win, i tak nie mała, rosła w zastraszającym tempie.
„Wyborcza” poświęciła Yabolmanowi specjalny dodatek. „Fakt” i „Super Ekspres” drukowały co tydzień niewyraźne zdjęcia, opatrzone głupimi komentarzami, ale „Fakt” i „Super Ekspres” zwykle tak robią. Nawet w „Gościu Niedzielnym” jakiś natchniony kaznodzieja, wzywał do krucjaty przeciwko pomiotowi szatana, łącząc w przedziwny sposób działalność bohatera z sondażami wskazującymi wzrost poparcia dla partii lewicowych.
Trzeba przyznać, że Tadeusz nie miał nic przeciwko rosnącej popularności. Ba, najwyraźniej sprawiało mu przyjemność pławienie się w blasku sławy. Do czasu.
***
- Wiesz co Marysiu? Chyba przelecę się do sklepu.
Marysia nie wiedziała, ale mogła się domyślać. W końcu znała go już trochę. I znała zawartość lodówki.
Tadeusz odłożył „Moje wina – miesięcznik smakosza” na półkę i zaczął zakładać glany.
- Pojawiło się w sprzedaży kilka nowości. Trzeba by sprawdzić. Szczególnie ta nowa seria wydaje się obiecująca. „Czarna Pożyczka”, „Wiśniak”… To może być niezłe. Posłuchaj…
Sięgnął po czasopismo i kartkował je przez chwilę.
- O tutaj: „Specjalne barwniki, identyczne z naturalnymi, barwią język konsumenta na kolor właściwy danemu smakowi. Daje to wspaniały efekt humorystyczny, poprawiający nastrój, na każdej plenerowej, a nawet cmentarnej imprezce.” Fajne, nie?
Cieszył się jak dziecko. Marysia nie miała sumienia przypominać mu, że zwykle pije samotnie i raczej nie nosi przy sobie lusterka. I że w takim układzie obserwacja zabarwionego na rożne kolory języka może okazać nieco utrudniona. Nie wspominając już o tym, że wszystkie pochłaniane przez Tadeusza wina, dzięki swym silnym właściwościom żrącym od lat barwiły jego język na wszystkie kolory tęczy. Z przewagą fioletu. Ale przecież nie odbiera się dziecku lizaka.
Yabolman poradził sobie w końcu z opornymi sznurówkami, narzucił na grzbiet wytartą ramoneskę, złapał wysłużony plecaczek, mruknął zwyczajowe „Zaraz będę” i wyleciał przez okno.
***
Parę minut później lądował miękko przy swoim ulubionym monopolu. Wszedł do środka, potrącając przypadkiem stojących w drzwiach meneli.
- Patrzaj Jędruś, jak to się rozpycha – skomentował głośno jeden z potrąconych. - Napiszą o takim parę razy w gazecie i zaraz się ma za Ibisza.
- A o tobie Kaziu, też pisali. Wtedy co żeś szlabanu nie opuścił i tir wjechał pod towarowy do Mikołajek. I co?
- I nic, Jędruś! Nic! Bo normalny chłop jestem, a nie jakaś pierdolona celebryta.
Tadeusz zapakował do plecaka zakupione wina i nie czekając na resztę wybiegł ze sklepu. Gonił go złośliwy śmiech i głos jednego z meneli:
- Biegnij, biegnij! Może cię we „Wiadomościach” pokażą!
***
- No już dobrze Jabolku, już dobrze – Marysia głaskała przerzedzonego przez czas irokeza i tuliła głowę zapłakanego bohatera do swych cudownych piersi. – To zwykła, ludzka zawiść. Zazdroszczą ci, dlatego dokuczają.
Yabolman uwielbiał kiedy go głaskała. Lubił też spędzać czas pomiędzy piersiami Beerwoman. Oraz na nich. I pod nimi, skoro już o tym mowa. Ale nade wszystko lubił oddychać. No, może nie tyle lubił, ile musiał. Przynajmniej od czasu do czasu. Dlatego stanowczo, choć niechętnie i z pewnym trudem uwolnił się z ciepłych  objęć swojej towarzyszki. Wytarł nos w wielką, kraciastą chustkę, nie uznawał bowiem tego papierowego, jednorazowego badziewia. Przepłukał gardło kilkoma łykami „Ja-gut-ki” i całkowicie już podniesiony na duchu, powiedział:
- Dość. Powiadam ci Marysiu – dość. Chcę być znowu zwykłym, sympatycznym chłopakiem z Mazur, a nie jakimś cholernym zjawiskiem medialnym. Żadnych wywiadów, żadnych zdjęć w prasie. Nic! Koniec z mediami!
***
Ale media miały w stosunku do Yabolmana inne plany.
***
Minęło kilka tygodni. Przyszło lato. Wyjątkowo piękne. Ale lato jest zawsze wyjątkowo piękne na Mazurach. Słoneczko przygrzewało, woda w jeziorach była cieplutka, piasek na plażach parzył stopy nawet przez podeszwy glanów.
- A może wybierzemy się na jakiś piknik – zaproponowała Beerwoman którejś środy.
Zaproponowała! Tadeusz wiedział, że nie musi się zgadzać. Teoretycznie było to możliwe. Ale w praktyce nigdy tego nie próbował. Zbyt cenił sobie spokój domowego zacisza. Nie, nie był pantoflarzem. Marysia nigdy nie nosiła pantofli.
Zresztą, lubił nawet te pikniki. Leżał sobie spokojnie nad jakimś jeziorkiem, popijał wino i obserwował opalającą się Beerwoman. Beerwoman zaś wstawała czasami i szła do jeziora by, jak mawiała, ochłodzić nieco rozgrzaną słońcem skórę. Wracała potem na kocyk cała mokra, a kropelki wody skrzyły się na jej ciele jak małe diamenciki.
Uff! Tak, Yabolman zdecydowanie lubił te pikniki.
Przygotowania do wyprawy nie trwały długo. Marysia krzątała się w kuchni pakując kanapki i wino. Tadeusz zaś otworzył starą, bogato rzeźbioną szafę stojącą w kącie pokoju i już miał zanurzyć się w jej wnętrzu w poszukiwaniu swojego ulubionego tiszirta, gdy sterta ciuchów zaścielająca dno zacnego mebla poruszyła się gwałtownie. Wielki Igrek wskoczył na stojący opodal taboret.
- Mysza! – pomyślał spanikowany. – I to duża.
Tadeusz był może bohaterem, ale myszy nie lubił. Nie bał się! Po prostu nie lubił i już.
Ale to nie była mysz. Z czeluści szafy wynurzyła się kobieta. Elegancka, chociaż w tej chwili nieco stłamszona. W ręku trzymała mikrofon a na głowie miała śmieszną opaskę. Taką, jakie zwykle zakładają lekarze, kiedy chcą zajrzeć pacjentowi tam, gdzie akurat zajrzeć muszą. Z tym, że ta akurat opaska, zamiast wypolerowanej blaszki, miała zainstalowaną malutką kamerkę, której obiektyw skierowany był w chwili obecnej na Yabolmana.
- Kim pani, do jasnej cholery, jest? – spytał ten ostatni, schodząc z taboretu. – I co pani tu robi.
- Iwona Smukła-Kibić, Ekstra-Stacja, do usług. Jak to co robię? Reportaż – odpowiedziała Iwona Smukła-Kibić.
A potem odchrząknęła raz i drugi, uniosła nieco mikrofon i zaczęła:
- Witam państwa serdecznie z domu Yabolmana, pierwszego polskiego supermana, który jak wieść niesie…
Tadeusz nie był ciekawy jak niesie wieść. Krzyknął w stronę kuchni:
- Marysiu! Czekam nad Głębokim!
I skoczył ku oknu. Ale z nerwów źle wymierzył odległość i z całą mocą wyrżnął w ścianę. Przez chwilę tkwił przytulony do chłodnego tynku, po czym spłynął łagodnie na podłogę. Wraz ze wspomnianym tynkiem. I stracił przytomność.
***
Ocknął się kwadrans później. Wciąż leżał na podłodze. Beerwoman klęczała tuż obok i przykładała mu do czoła zimny kompres.
- Poszła? – zapytał.
- Poszła Jabolku, poszła. Ale mówiła, że wróci.
No masz! Wróci! Pięknie!
- Muszę uciekać Marysiu. Ale dokąd? Cholera, dokąd? Jak to – dokąd? Schowam się w „Kwaśnej Dziurze”. Tak właśnie, w „Kwaśnej Dziurze”. Tydzień, może dwa. Pewnie jej się znudzi.
Beerwoman milczała. Kiwała tylko głową i zmieniała kompresy na rozpalonym czole.
***
Yabolman leciał w kierunku „Kwaśnej Dziury”. Wiatr tarmosił lekko resztki irokeza, zawartość dyżurnego plecaczka pobrzękiwała krzepiąco… Nie było tak źle. W „Dziurze” będzie bezpieczny. Żadnych wywiadów. Żadnych reportaży. Spokój. Z czasem wszystko wróci do normy. Będzie znowu pomagał ludziom, a ludzie będą go kochali. A ta głupia telewizyjna pinda niech sobie szuka innych superbohaterów.
Odetchnął w ulgą. Lot zaczynał sprawiać mu przyjemność. Delektował się ciszą. Ciszą, którą zakłócił nagle narastający szybko warkot.
- Motolotnia? – pomyślał zdziwiony Tadeusz. – Nad Mrągowem? Eee, chyba nie.
I faktycznie – to nie była motolotnia. To nadlatywała Iwona Smukła-Kibić. Na plecach miała silnik od kosiarki z przyczepionym niewielkim śmigiełkiem, na głowie opaskę z kamerą a w ręku mikrofon, do którego wrzeszczała, przekrzykując warkot silnika.
- Mili państwo, oto macie rzadką okazję…
Okazję? Ciekawe na co? Yabolman zawrócił gwałtownie i zaczął uciekać zygzakiem przed natrętną reporterką. Ta jednakże nie dawała za wygraną. Leciała cały czas za nim, zmniejszając stale odległość i krzycząc wciąż do mikrofonu.
- Dobra jest, psia krwia. Ciekawe jak sobie poradzi z beczką?
Poradziła sobie! Ze śmigłem na plecach!
- Co to ma być? – myślał Tadeusz kreśląc na niebie zawiłe esy-floresy.
Zawzięta Iwona wciąż podążała jego śladem.
- Co ona? „Błękitny Grom”? – przypomniał sobie oglądany przed laty film.
Jasny gwint. Pozostał mu chyba tylko korkociąg śmierci. Figura niezwykle atrakcyjna wizualnie, ale piekielnie niebezpieczna. Szczególnie na trzeźwo. A on przecież był prawie trzeźwy. Już od pół godziny nie miał kropli wina w ustach. Tylko czy miał inne wyjście?
Szybko nabrał wysokości i runął w kierunku ziemi kręcąc się z oszałamiającą prędkością wokół własnej osi.
- No i co ty na to, cholero! – krzyknął i zerknął za siebie, w poszukiwaniu prześladowczymi. Nigdzie jej nie dostrzegł.
Uśmiechnął się triumfalnie i z ogromną siłą uderzył w ziemię.
- O, kaczeńce – pomyślał leżąc na dnie niewielkiego krateru i wypluwając małe, żółte kwiatuszki. Oraz kilka zębów.
- Ale jej numer wykręciłem – dodał jeszcze, również w myślach i stracił przytomność.
***
Ocknął się kilka kwadransów później. Leżał w domu, we własnym łóżku. Marysia była przy nim. Zmieniała mu właśnie kompres.
- Rety – wychrypiał bohater. – Jak ja właściwie dotarłem do domu?
- Nie mam pojęcia. Ktoś zadzwonił do drzwi, a kiedy otworzyłam, leżałeś na wycieraczce – odpowiedziała Marysia i czule pogłaskała go po policzku.
- Jak się czujesz Jabolku? – zapytała zatroskana.
- Dobrze. Wiesz, wyrolowałem tę pindę. Teraz na pewno da mi spokój. Tak, czuję się świetnie, tylko wszystkie gnaty mnie bolą.
- Zaraz ci przygotuję gorącą kąpiel. Wymoczysz się, wygrzejesz, od razu ci się poprawi.
Po chwili Tadeusz leżał w wannie. Gorąca woda łagodziła ból poobijanego ciała. Przepyszne wino delikatnie koiło duszę. Było mu dobrze. Przede wszystkim uwolnił się nareszcie od tej cholernej reporterki. A to było warte każdego bólu.
- Bulbulbulbul – zabulgotało cicho w wannie. Kilka bąbelków powietrza przebiło powierzchnię wody i pękło z cichym „pyf”.
- Ups! – pomyślał Yabolman i zerknął, czy aby Beerwoman niczego nie widziała.
- Zaraz, dlaczego „ups!”? Przecież ja wcale nie…
W wannie zabulgotało znacznie głośniej, woda zafalowała i na powierzchnię wynurzyła się Iwona Smukła-Kibić. W mokrym żakiecie, z nieodłączną kamerką i mikrofonem.
- Drogi Yabolmanie, czy nie zechciałbyś powiedzieć naszym widzom…
Nie zechciał. Wyskoczył z wanny jak oparzony. Nadepnął bosą stopą leżące na podłodze mydło. Wywinął pięknego orła i upadł, trafiając głową w muszlę klozetową.
- Co tak szumi? – zdziwił się odlatując w niebyt. – Czy to morze?
Stracił przytomność.
***
- Marysiu, czy możesz mi podać wino?
- Och, daj wreszcie spokój, Jabolku! Ciągle boisz się otwierać lodówkę? Przecież nie pojawiła się już od tygodnia.
- Marysiu! Proszę.
***
Ekstra-Stacja wyemitowała reportaż Iwony Smukłej-Kibić pod tytułem: „Życie Yabolnama. Mity i rzeczywistość”. Tak po prawdzie, to składał się on (ten reportaż) wyłącznie z mitów. Ale przecież prawdziwy dziennikarz nie potrzebuje faktów, żeby zrobić dobry materiał.
A życie? Cóż! Życie, kurwa, jest nowelą.

Punk Tadeusz. Epizod dziewiętnasty


„Czy to ważne, z której strony przyjdzie śmierć?” - CELA NR 3
W poprzednim odcinku przygód Waszego ulubionego bohatera, padło stwierdzenie (poparte barwnym opisem), że Yabolman spotyka z reguły pewien określony typ kobiet. Dzisiaj opowiem Wam o wyjątku potwierdzającym tę regułę.
Tadeusz siedział na brzegu jeziora Czos i popijał wino. Z tym, że tym razem nie były to jego ukochane „Łzy Sołtysa”. Niestety, producent tego zacnego trunku, po wielokrotnych interwencjach Sanepidu, przebranżowił się i obecnie odnosił sukcesy na rynku środków czyszczących do maszyn rolniczych. Wieść gminna niosła, że nie musiał nawet zmieniać linii produkcyjnej. Tak więc Yabolman delektował się winem o nieco orientalnej nazwie „Owoc Kwiatu Kwitnącej Wiśni”. Nazwa była beznadziejnie głupia, ale sam napój drażnił przyjemnie delikatne podniebienie wytrawnego smakosza. Wspaniale oczyszczał górne drogi oddechowe. Odpędzał komary. I niesamowicie walił w mózg.
Oddany bez reszty degustacji Yabolman nie zauważył nadchodzącej od strony parku postaci. A postać ta najwyraźniej szła w jego stronę. Kroczyła właściwie. Powoli, majestatycznie, można powiedzieć. Cała była jakaś taka majestatyczna. Ta postać. Wysoka. Otulona peleryną. Czarną. Z kapturem. Brr…
Powiało grozą. Ale Tadeusz nie poczuł tego powiewu. „OKKW” – tak dla ułatwienia nazywał nowy napitek – sponiewierał go już na tyle, że w ogóle niewiele czuł. Na przykład, nie czuł zupełnie rytmu. Co nie przeszkadzało mu wywrzaskiwać starych punkowych przebojów. Tak po prawdzie, nie szkodziło to też specjalnie samym przebojom. Widocznie ich autorzy wspomagali proces twórczy napojami zbliżonymi jakościowo do „OKKW”.
- God sejw de kłin – niosło się po spokojnej tafli Czosu. Przerażona kaczka skryła się pod wodą. I nie wypłynęła więcej. Wolała śmierć w brudnych wodach jeziora, niż ponowne spotkanie z mało ortodoksyjną angielszczyzną Yabolmana.
Nawet postać w czerni na chwilę zgubiła krok. Ale tylko na chwilę.
Była coraz bliżej. Jeszcze tylko dwieście metrów dzieliło ją od wrzeszczącego bohatera. Jeszcze sto. Coś mlasnęło nieprzyjemnie.
- No jasna cholera – rozległo się spod czarnego kaptura. I bynajmniej nie był to głos majestatyczny. Normalny był. Kobiecy i całkiem przyjemny. Choć nieco schrypnięty.
- Ja rozumiem, że pies musi się wybiegać. Że załatwić się też musi. Ale jeśli już koniecznie w parku, to może by tak sprzątnąć to potem, co? A nie zostawiać tak na środku ścieżki. Ktoś się może pośliznąć, przewrócić nawet, krzywdę sobie zrobić. Albo innym. No ludzie! Wyobraźni trochę może! I szacunku! Szlag by to trafił! Buty jakieś mogłam założyć.
Złorzecząc i wycierając nogę o mijane kępki trawy, postać w czerni podeszła w końcu do Tadeusza. Usiadła obok i przyjacielsko klepnęła go w ramię.
- Cześć Jabolku.
Yabolman przestał śpiewać i spojrzał zdziwiony. Nikt poza Marysią nie nazywał go „Jabolkiem”. A osoba, która właśnie się do niego przysiadła nie była Marysią. Zdecydowanie. Brakowało jej co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu kilogramów. Tych najbardziej strategicznie umiejscowionych. I najbardziej widowiskowo. A że peleryna, ta czarna, rozchyliła się, kiedy nieznajoma siadała, mógł bez przeszkód gapić się na jej wdzięki. Wątpliwe wdzięki, skoro już o tym mowa.
- Szepraszam – odezwał się nieco bełkotliwie. „Owoc Kwiatu Kwitnącej Wiśni” zasupłał mu bowiem nieco język. – Szy my siem żnamy?
- Cóż, ujmę to tak – ty mnie jeszcze nie znasz – odpowiedziała.
- Ale pani mnie żna?
- Och, ja właściwie znam wszystkich. A przynajmniej poznaję wszystkich. Wcześniej, czy później.
- Taaa? – Tadeusz wyraził umiarkowane zainteresowanie.
- Taka praca. Ciągle w ruchu. Wciąż nowi ludzie. Wiesz jak to jest.
Niby skąd miał wiedzieć. Praca… Pracował kiedyś. Gdzieś. Prawdopodobnie. Musiał pracować. Dostawał przecież co miesiąc tę… Jak jej tam… Zapomoga? Jałmużna? Nie, wypłata! To się nazywało wypłata! Ma się tę pamięć, nie? Obecnie wystarczało mu, że od czasu do czasu znajdował rano w lewym glanie niewielki zwitek banknotów. Zawsze wtedy, gdy poprzedni właśnie się kończył. Podejrzewał, że była to sprawka Głosu. Bo przecież Świętemu Mikołajowi nie chciałoby się fatygować tak często.
- Szepraszam, ale właściwie, to kim pani jeszt?
- Jestem Śmierć. Chociaż to w sumie raczej funkcja niż imię.
Yabolman wytrzeźwiał. Gwałtownie i boleśnie. Zawsze odczuwał ból, kiedy był trzeźwy. Dlatego rzadko pozwalał sobie na ten stan.
Chociaż, szczerze mówiąc, to właściwie nie był ból. Raczej swędzenie. Niezbyt nawet bolesne. Bardziej irytujące. A nie mógł przecież chodzić ciągle podirytowany, prawda? I do wciąż się drapać. Dlatego, jak być może zauważyliście, szedł przez życie na lekkim rauszu. I było mu z tym dobrze.
Ale tym razem wytrzeźwiał w jednej chwili.
Śmierć. No rzeczywiście, była przeraźliwie chuda. Mogła służyć jako pomoc przy nauce anatomii. Była też upiornie blada. Ale tak w końcu wyglądały wszystkie modelki, które przyjeżdżały do Mrągowa na wakacje. Opuszczały to piękne miasto równie chude, ale przynajmniej opalone na brąz. Fakt, był początek października, dawno po sezonie, ale zaraz Śmierć! Akurat!
- A gdzie kosa? – zapytał zuchowato i sięgnął do wysłużonego plecaczka. Musiał uzupełnić utracone tak nagle i nierozważnie promile. I zagłuszyć to cholerne swędzenie.
- A o! – odpowiedziała Śmierć i machnęła ręką. Świsnęło i w kościstych dłoniach pojawiła się kosa. Spora. Wielka nawet. I, jakżeby inaczej, cała czarna. Nawet ostrze, zamiast świecić srebrzyście, skrzyło się głęboką czernią. Dziwne, niby czarne, a jednak się skrzyło.
Tadeusz zamarł z ręką w plecaku. A więc jednak! Koniec.
- Serce czy wątroba? – zapytał.
- Słucham? – Śmierć nie zrozumiała.
- No, serce czy wątroba? Na coś przecież muszę umrzeć, skoro się już fatygowałaś.
- Coś ty, Jabolku! Ja nie po ciebie. Wiesz przecież – wskazała na koślawy napis na ramonesce – …not dead.
Yabolman odetchnął z ulgą. Wyciągnął rękę z plecaka. Zębami ściągnął korek i upił kilka łyków „OKKW”. Solidnych łyków. Wreszcie, całkowicie już uspokojony, zagadnął konwersacyjnym tonem:
- W takim razie, czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
- A tak po prostu, przechodziłam obok i pomyślałam, że zajrzę.
- To miłe.
- Prawda?
Zapadła cisza. Niezręczna.
- Masz tu w okolicy coś do załatwienia – Tadeusz nie lubił ciszy. Zwłaszcza niezręcznej. – Jakieś, tego… zlecenie.
- Och, wiesz, w moim fachu zawsze jest coś do roboty.
No tak, wiedział. Czytał czasem gazety, parę razy usiadł przypadkiem na pilocie i włączył telewizor w porze wiadomości. Rzeczywiście, miała co robić. Ale przecież…
- Wiesz, tak myślę… Siedzimy sobie tutaj … Czy to znaczy, że ludzie przestali umierać? Bo to już tak z piętnaście minut gadamy, a podobno co minutę, na całym świecie, no wiesz…
- Wiem, wiem. Nikt nie wie lepiej ode mnie. Coś ty, umierają.
- Ale to chyba niemożliwe. Tak bez ciebie.
- A jednak!
- Niepojęte.
- No właśnie.
I znowu cisza. Tadeusz odłożył pustą butelkę i ponownie sięgnął do plecaczka.
- Może łysia? – zaproponował.
- Bardzo chętnie. – wyciągnęła spod peleryny plastikowy kubeczek.
Polał. Wypili. Polał znowu.
Pół godziny później, przypadkowy spacerowicz, zobaczył dwie postacie siedzące na brzegu jeziora i kiwające się miarowo. I wrzeszczące w niebogłosy.
- Wszyscy pokutujemyyyyyyy! Za to, że żyjemyyyyyyyy! Jeszcze!

P.S. W nawiązaniu do cytatu na początku epizodu, chciałem jeszcze dodać, że Śmierć nadeszła od strony amfiteatru.

Punk Tadeusz. Epizod osiemnasty


„Nie lubię wampirów jak jasna cholera” – KABARET POTEM
Yabolmana obudziło głośne dupnięcie.
- Qui penis aquam turbat ? – wymruczał zaspany bohater. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Tadeusz liznął ostatnio nieco łaciny. Wino wylało mu się na słownik.
Ziewając straszliwie i mrucząc pod nosem co ciekawsze starorzymskie przekleństwa, podszedł do okna. Na parapecie leżał spory nietoperz. Kręcił łebkiem i pocierał łapką szybko rosnącego guza.
- No i co malutki – odezwał się Yabolman ze współczuciem. – Pierdyknąłeś?
- Właściwie, to pierdyknęłam – odpowiedział nietoperz.
Właściwie, to odpowiedziała.
- No otwórz to okno – dodała korzystając z faktu, że Tadeusza zatkało. – I daj coś zimnego. Okład muszę sobie jakiś zrobić.
Zaskoczony, bo zaspany, Tadeusz otworzył okno.
- Właź – wymruczał. A potem przypomniał sobie o manierach. Marysia często o nich wspominała. I nie chodziło jej o duże, metalowe butelki. Skupił się więc z wysiłkiem (cały czas zaspany), przez chwilę szukał w pamięci i wreszcie dorzucił:
- Proszę.
Poczym poczłapał do kuchni. Wyciągnął z lodówki doskonale schłodzone „Łzy Sołtysa” i wrócił do pokoju. No, prawie wrócił. Zatrzymał się bowiem w progu. I tak sobie stał. I patrzył. I ślinił się nieco. I nareszcie się obudził.
W jego pokoju, na jego łóżku, wśród jego zmiętej pościeli, leżała kobieta. Bajecznie zbudowana i całkowicie naga. I to nie była jego kobieta.
- Dobrze, że Marysia wyjechała na weekend – pomyślał Yabolman.
A później pomyślał jeszcze chwilę. Tak go czasem dopadało. Bez ostrzeżenia najczęściej.
To dziwne, ale od kiedy został superbohaterem, bez przerwy spotykał pewien określony typ kobiet. Wszystkie miały duże i nader kształtne biusty. Oczywiście, nie tak duże i nie tak kształtne, jak biust Beerwoman. Miały również cudownie krągłe i uwodzicielsko wypięte pupy. Oczywiście, nie tak krągłe i nie tak uwodzicielskie, jak pupa Marysi. Ich nogi były wyjątkowo smukłe. I wyjątkowo długie. Pewnie, że nie tak smukłe i nie tak długie… Ale zawsze przyjemnie było popatrzeć. Tym bardziej, że mimo pewnych różnic kolorystycznych, (już to w odcieniu skóry, już to w kolorze włosów), oraz niewielkich różnic anatomicznych (już to jabłuszka, już to rozkoszne gruszeczki), wszystkie miały podstawową cechę wspólną. Odczuwały głęboką niechęć do odzieży.
Tak, ciężki jest los bohatera.
Yabolman już miał zacząć roztkliwiać się nad sobą i swoim ciężkim losem.
Ale przypomniał sobie o biednym zwierzątku, które prosiło go o pomoc.
Wrócił do kuchni i wyjął z lodówki kolejną, chłodną butelkę. Tę pierwszą, jakoś tak mimochodem, opróżnił podczas swoich rozważań. Wrócił do pokoju, tym razem skutecznie i zaczął szukać nietoperza. Profilaktycznie starał się nie patrzeć w stronę łóżka. I trzeba przyznać, że mu się udawało. Prawie.
Nieznajoma, ta naga i bajecznie zbudowana, okazała się bardzo cierpliwa. Spokojnie obserwowała Tadeusza miotającego się po pokoju i zaglądającego w różne zakamarki. Dopiero kiedy zaczął rolować dywan, nie wytrzymała i zapytała:
- Czego ty właściwie tak szukasz?
- Ten pierdolony nietoperz gdzieś się tu zapodział – wysapał Yabolman spod stołu.
Potem rozległo się głośne bulgotanie. I znacznie spokojniejszy głos Wielkiego Igreka:
- Proszę.
Rozumiecie - maniery!
- Jaki nietoperz, do kurwy nędzy? – zapytała nieznajoma.
Cóż, najwyraźniej nie spotkała się do tej pory z manierami.
Tadeusz wypełzł spod stołu i popatrzył na nieznajomą. Nagą i bajecznie zbudowaną. Przyznać trzeba, że starał się skupiać na jej twarzy. Bardzo się starał. Starał się na tyle, że udało mu się dostrzec wielkiego guza na jej czole.
Zaczął kojarzyć fakty. Charakterystyczny guz… Gadający nietoperz… Piękna naguska…
- O żesz kurwa twa… twarożek. Ty jesteś wampirem.
Z wrażenia zapomniał o manierach.
- Owszem. Jestem. Mów mi Gosia. Lu Gosia.
Yabolman zaczął się gorączkowo zastawiać. Nawet śmiesznie wyglądał, kiedy tak stał na środku pokoju i bezgłośnie poruszał ustami. Ale sytuacja wcale nie była zabawna.
Miał w domu wampira! Wampirkę właściwie! Nagą i bajecznie zbudowaną wampirkę! To był problem. Poważny.
Jak mógł być tak nieostrożny? Sam otworzył okno. Sam ją zaprosił. Cholerne maniery! Co robić? Co robić?
„Woda świecona? Skąd u mnie woda. I to jeszcze święcona. Srebro! Nie, srebro to na wilkołaki raczej.”
Myśli przebiegały przez głowę bohatera z prędkością… No cóż, z prędkością myśli właśnie. Poczuł silny ucisk w żołądku. Nie, nie ze strachu. Odbiło mu się obiadem.
„Czosnek! Granulowany może nie zadziałać. Co jeszcze? Kołek. Osikany kołek.”
Yabolman oderwał nogę od stojącego w kącie taboretu i ruszył w stronę łazienki.
- Przestań się tak miotać – odezwała się Lu Gosia. – Usiądź na chwilę. Pogadamy.
Czas spędzony z Beerwoman sprawił, że Tadeusz bezwiednie wykonywał polecenia nagich i bajecznie zbudowanych kobiet. Usiadł. Na taborecie.
- Chodź tu bliżej – powiedziała wampirka, kiedy gramolił się z podłogi. Smukłą dłonią klepnęła brzeg łóżka.
- No! Chodź, chodź… Przecież cię nie ugryzę.
Taaaaak.
Mimo wszystko usiadł na łóżku. Sytuacja była nieprzyjemna.
- Posłuchaj Lu Gosiu – zaczął Yabolman. – Sytuacja jest nieprzyjemna.
- A temu akurat możemy szybciutko zaradzić – Lu Gosia przeciągnęła się bezwstydnie. – Za chwilkę może być całkiem przyjemnie.
- Eee, nie. Raczej nie. Wiesz, mam takie wrażenie, że Marysi mogłoby się to nie spodobać.
- Twoja dziewczyna?
Przełknął z trudem ślinę i skinął głową.
- To wiesz co? Nie powiemy jej o niczym? Chcesz?
- Tak, nie chcę.
- Odpowiedź, sam przyznasz, nieco mętna – zaśmiała się Lu Gosia.
- Aproposik: mętna. – Yabolman  podjął próbę wybrnięcia z tej niewygodnej sytuacji. – Ja może wina przyniosę.
A kiedy wrócił z kuchni, usiadł po turecku na podłodze. Ot tak, na wszelki wypadek.
- Jak wspomniałem – podjął upiwszy łyk, czy dwa – sytuacja jest nieprzyjemna. Bo widzisz, ty jesteś wampirem…
- Wampirką – sprostowała. I znowu się przeciągnęła. Znowu bezwstydnie. I jakby nieco lubieżnie.
- Niech będzie – Tadeusz postanowił zignorować tę wyraźną prowokację.
A trzymane w garści wino pomagało mu wytrwać w tym postanowieniu. Póki wina, póty nadziei, jak to mówią.
– Ty jesteś wampirką, a ja superbohaterem. To stawia nas, jakby, po przeciwnych stronach barykady. I obawiam się, że powinienem cię, jakby… No wiesz…
Szukał przez chwilę właściwego słowa.
- Zlikwidować.
Lu Gosia popatrzyła na niego zdziwiona.
- Dlaczego? – spytała.
I było to bardzo dobre pytanie.
- No wiesz, ja zasadniczo staram się pomagać ludziom. Przynajmniej tu, w Mrągowie. I w okolicy. A ty ich, no wiesz, wysysasz. I ja nie mogę na to pozwolić.
- Ocipiałeś? – wampirka była najwyraźniej zdziwiona. I chyba wkurzyła się nieco, bo zaraz dodała złośliwie – Proszę? Jakie wysysasz? Jakie wysysasz? Co ty, Pratchetta nie czytasz?
- Czytam – odpowiedział Tadeusz, zgodnie z prawdą.
- A o czarnowstążkowcach czytałeś?
- Czytałem.
Rzeczywiście, czytał. Ale to przecież…
- Ale to przecież fikcja. Literacka.
- Gówno tam, fikcja. A ty myślisz, że skąd Terry wziął ten pomysł? Że kim on jest?
- Nie?!?
- A właśnie, że tak. Ale przyznać trzeba, że trochę nasz ruch wyidealizował…
Yabolman, który zaczynał się właśnie rozluźniać, spiął się znowu.        
- Jak to: wyidealizował?
- Cóż, wysysać, nie wysysamy. Jednak całkowicie zrezygnować z krwi się nie da. W końcu to nasze jedyne pożywienie. Ale, zapewniam cię, nikomu się krzywda nie dzieje.
- No to jak… - Tadeusz zająknął się nieco. – Jak się… Posilasz?
- Normalnie, w szpitalu pracuję.
Yabolmanowi zrobiło się niedobrze. Szybko upił kilka łyków z trzymanej wciąż w garści butelki.
- Znaczy się, w szpitalu pracujesz? Krew pijesz, a nikomu krzywdy nie robisz? To co? Trupy wypijasz?
- No coś ty! Trupy? Fuj! Chociaż, w sumie, to co robię, też jest obrzydliwe… Ale dobrze, że cię spotkałam. Komuś muszę to wreszcie powiedzieć.
- Poczekaj – Tadeusz stwierdził, że aby wysłuchać wyznania wampirki, będzie potrzebował więcej wina. Dużo więcej.
- Nawijaj – rzucił krótko, kiedy już wrócił z kuchni z nowymi butelkami.
- Wstyd się przyznać, ale… No wiesz, nie chcę nikogo krzywdzić, a wampir żyć musi… To właściwie było jedyne rozsądne rozwiązanie… W miarę rozsądne… Krótko mówiąc, resztki spijam!
Lu Gosia wyrzuciwszy z siebie to straszliwe wyznanie, spojrzała z nadzieją na Yabolmana. Prawdopodobnie liczyła na współczucie. Albo chociaż na zrozumienie. Daremnie. Yabolman, choćby nawet chciał, nie potrafił jej współczuć. Bo nie zrozumiał ani słowa z tego, co mu powiedziała.
- O rany, słyszałeś chyba o Narodowym Funduszu Zdrowia?
- Obiło mi się coś o uszy. Wiesz, oglądam czasem telewizję. Radia słucham. Czasami. Trzeciego programu. Gazetę kiedyś czytałem. Akurat leżała na ławce w parku…
- To wiesz o co chodzi. Wiesz też, być może, że chory potrzebuje czasami trochę krwi…
Lu Gosia oblizała się i przełknęła głośno ślinę.
- Robimy więc transfuzję. Ale czasem chory potrzebuje tylko dwa litry krwi. A NFZ płaci szpitalowi dopiero gdy szpital zużyje tych litrów pięć. To trzy litry idą w kibel. Powinny iść. Bo w tym momencie pojawiam się ja. No przecież szkoda, żeby się zmarnowało.
Rzeczywiście, szkoda.
- Narodowy, to może ten cały fundusz i jest – pomyślał Wielki Igrek. – ale z funduszami to coś raczej nie tego. A i ze zdrowiem… Szkoda gadać.
Już chciał jakoś mądrze podsumować tę, jakże pouczającą, wymianę zdań, kiedy rozległo się zgrzytnięcie klucza w zamku i do mieszkania weszła Beerwoman. Popatrzyła na Lu Gosię, wciąż nagą i wciąż bajecznie zbudowaną. Popatrzyła na Tadeusza. A później odstawiła walizkę.
- Kochanie – powiedziała. – Wróciłam.
I weszła do pokoju.
I wiecie co? O wysysaniu wprawdzie nie było mowy, ale krwi było całkiem sporo.