piątek, 1 czerwca 2012

Punk Tadeusz. Epizod dwudziesty drugi


Tadeusz postanowił upiec ciasto. No tak, nie ma się co śmiać. Potrzebował „wejściówki” ma imprezę.
Marysia urządzała bowiem przyjęcie. Zasada była prosta – każdy musi przynieść własnoręcznie wykonany wypiek. Kto nie przyniesie, nie wchodzi. I od zasady tej nie było wyjątków.
Tadeuszowi zaś bardzo zależało na tym, żeby wejść na to przyjęcie. Rzadko bywał na przyjęciach. A przecież każdy kulturalny człowiek powinien bywać. Powinien udzielać się towarzysko. Łyknąć od czasu do czasu trochę kultury. Odchamić się. Tak, Yabolman czuł nieprzezwyciężoną potrzebę odchamienia się. Koniecznie.
I wcale nie chodziło o to, że Marysia zaprosiła na to przyjęcie tylko kilka najbliższych koleżanek. Ani o to, że wszystkie te koleżanki były równie atrakcyjne jak gospodyni. Prawie. A już najmniej o to, że impreza miała formę „pidżam party”.
Tadeusz zaś widywał pidżamę Marysi. Czasami. Jeśli wiedziona jakimś kaprysem zdecydowała się ją założyć. Był to widok, od którego mózg Yabolmana topniał jak świeczka na urodzinowym torcie. Z podsłuchanych, zupełnie przypadkiem, rozmów telefonicznych, pełnych wesołych żarcików i radosnego przekomarzania, wywnioskował, że zaproszone koleżanki mają do bielizny nocnej podejście równie frywolne jak Marysia.
Zatem na imprezie powinno się znaleźć osiem ponętnych kobiet, osłoniętych ilością materiału odpowiadającej powierzchnią niewielkiej chusteczce do nosa. I Tadeusz. W koszulce Dezertera i bokserkach z Kubusiem Puchatkiem.
Jeśli tylko uda mu się upiec to cholerne ciasto.
Jeszcze raz przeczytał uważnie przepis. Jajka są. Mąka, margaryna, cukier, wiórki kokosowe i oczywiście proszek do pieczenia. Wszystko pożyczył od sąsiadki. Obiecał, że odda. Tylko za proszek musiał zapłacić. I to słono. Ale sąsiadka przysięgała, że to najlepszy proszek na rynku. Pewnie jakiś „Dr Oetker”. Trudno powiedzieć, na foliowej torebce nie było nazwy producenta.
Co najpierw? Rozetrzeć margarynę z cukrem. Łatwizna. Tadeusz sięgnął do szafki i wyciągnął mikser. Napił się wina. To będzie chwila. Ustawił od razu na największe obroty i włączył. Wyłączył. Mogli, jasna cholera, napisać żeby tego nie robić na płaskim talerzu. Miska, gdzieś tu powinna być miska. Otóż to. No to jeszcze raz. Musi się udać. Łyknął jeszcze troszkę. Proszę bardzo, śliczna jednolita masa. Co dalej? Dodawać mąkę zmieszaną z proszkiem, na przemian z jajkami. Cholera, nie napisali ile dać tego proszku. Pewnie cały, przecież nie zaszkodzi, nie? Pyszne to wino. Jak zwykle. To dziwne, ale chyba jeszcze nigdy nie pił niesmacznego wina. A jajka? W skorupkach, czy bez? Gdzieś czytał, że w skorupkach jest dużo minerałów i tego, no… wapnia. Chyba wapnia. Ale w końcu to ciasto nie kamieniołom. Więc może bez skorupek? Pamiętał, że gdy kiedyś jadł ciasto, to coś w nim chrupało. To mogły być skorupki. Albo orzechy. Kurdelebele, nie miał orzechów. O masz, wino się skończyło. Otworzył następne. Cztery jajka. Szlag by trafił te jajka. To może dwa w skorupkach, a dwa bez? Prawdziwie salmonellowe rozwiązanie. Sięgnął po butelkę. No i po kłopocie. Skoro się potłukły, to niech będzie bez skorupek. Trudno. Wsyp wiórki i jeszcze raz dokładnie wszystko wymieszaj. I zrobione. Przygotuj formę. Pięknie. Tadeusz od lat nie ćwiczył. Od wielu lat. Właściwie, to nigdy nie ćwiczył. Ale chyba był w formie. W końcu, jak by nie patrzeć – bohater. Wysmaruj olejem i wysyp bułką tartą. Kilka łyczków wina… Aaa, formę… To trzeba było tak od razu. Przełożył ciasto do foremki. Piec przez około czterdzieści minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni.
- Jak to piec? W piekarniku? – spytało ciasto.
- No, w piekarniku – odpowiedział Yabolman.
- Ale przecież to mnie zabije!
Faktycznie. Ponad pół godziny w takiej temperaturze… Kto to wytrzyma?
Zapadła cisza. Ciężka jakaś taka. Yabolman nie bardzo wiedział co powiedzieć. Szczerze mówiąc, był zaskoczony. Troszkę. W swoim długim i pełnym przygód życiu prowadził już różne rozmowy. Ze zwierzętami, roślinami, czasami przedmiotami, z bytami różnymi. Niematerialnymi nawet czasem. Ze smokami, strzygami, wilkołakami i wampirami. Normalka. Przynajmniej dla superbohatera.
Ale ciasto? Co można powiedzieć ciastu, które nie chce być upieczone?
- Przykro mi. Żegnaj. – Tadeusz błyskawicznie wsunął foremkę do piekarnika i zamknął drzwiczki.
- Sadysta! Zwyrodnialec! Morderca! – wrzeszczało ciasto. Coraz ciszej. I ciszej. Wreszcie zamilkło.
***
Babka kokosowa była hitem przyjęcia. Marysia i wszystkie jej koleżanki zgodnie, choć nieco może bełkotliwie, stwierdziły, że w życiu nie jadły równie udanego wypieku. Ale Yabolman nie słyszał tych pochwał. Całą imprezę przesiedział w toalecie, targany wyrzutami sumienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz