poniedziałek, 9 lipca 2012

Punk Tadeusz. Epizod dwudziesty szósty

Tadeusz obudził się radosny jak szczygiełek, ale nie otwierał oczu. Nie chciało mu się. Ziewnął przeciągle. Przeciągnął się rozkosznie. Promienie lipcowego słonka wpadały do sypialni przez otwarte okno i łaskotały go w wystające spod koca bose stopy. Zapowiadał się piękny dzień.
- Wiesz co Marysiu? – zapytał wesolutko.
- Nie wiem – warknęła Beerwoman. – Co?
Ze szczygiełka posypały się piórka. Yabolman otworzył oczy. Marysia siedziała na fotelu i wpatrywała się w niego dziwnym wzrokiem. Bardzo dziwnym. Obcym jakby. I wcale nie rozkochanym. A co gorsza – miała na sobie koszulkę nocną. Fakt, niesamowicie kusą i prawie przezroczystą, ale jednak koszulkę. Marysia w bieliźnie! Nie było dobrze. Szybko rzucił okiem na wiszący na ścianie kalendarz.
- O jasna cholera! – pomyślał.
Spanikowany poderwał się z łóżka i pobiegł do łazienki. Marysia odprowadzała go wzrokiem. Tym dziwnym. Wyszedł po chwili całkowicie ubrany.
- To ja może wyskoczę do sklepu? – zaproponował nieśmiało. – Bułki kupię.
- Już kupiłam – kolejne warknięcie Marysi zabrzmiało jeszcze groźniej.
- Aha. To w takim razie połażę po okolicy – Tadeusz bił właśnie rekord świata w zawiązywaniu glanów na czas. A raczej poprawiał własny rekord sprzed miesiąca.
- O kurwa – jęknął nagle i popatrzył bezradnie na urwaną sznurówkę.
Usłyszał ciche szuranie bosych stóp po dywanie. Marysia szła ku niemu przez pokój. Koszulka nocna, która niczego nie przesłaniała, szeleściła przy każdym kroku. Był to widok, który każdego innego dnia spowodowałby u Tadeusza przyspieszone bicie serca, delikatne drżenie rąk i gwałtowny wzrost ciśnienia. I ogólne radosne podniecenie. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj czuł tylko wzmagającą się z każdą chwilą panikę.
- To ja zobaczę, co słychać na mieście – zawołał i wybiegł z domu.
Nie zamknął nawet drzwi.
- Zobacz! – głos Marysi gonił go, kiedy zbiegał po schodach. – I posłuchaj, co widać!
Zatrzymał się dopiero koło trzepaka. Przez chwilę ciężko dyszał i ocierał pot z czoła. Coraz wyższego czoła, nawiasem mówiąc. Jak mógł się tak zagapić. Przecież te dni… TE DNI! Przecież te dni zaczynały się zawsze piętnastego. Każdego miesiąca. Regularnie. Na szczęście regularnie. A on jak idiota, zamiast nawiać z domu jeszcze przed świtem, leżał sobie w najlepsze i cieszył się porannym słonkiem. No nic, w przyszłym miesiącu będzie czujniejszy. Teraz tylko przeczekać jakoś do wieczora. Wieczorem powinna być już spokojniejsza. Kto wie, może nawet się uśmiechnie. A póki co – do parku, nad jezioro. Wyciągnie się wygodnie na trawie, otworzy…
- O rany gorzkie! Plecaczka nie wziąłem!
Co robić? Co robić? Trzeba wracać. Przecież nie wytrzyma bez wina do wieczora.
- Byle po cichutku – myślał Tadeusz uchylając ostrożnie drzwi wejściowe. Nic. Tylko delikatny szum wody w łazience.
- Kąpie się!
Co za ulga. Powolutku, krok za krokiem, przemykał przez przedpokój. Już kuchnia. Delikatnie podniósł stojący tuż za drzwiami plecaczek. Brzęknęło szkło.
- Po mnie!
Marysia błyskawicznie pojawiła się w drzwiach łazienki. Naga i mokra. Jak jakaś Wenus. I wściekła. Jak zwykle w te dni. TE DNI.
- Buty – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Co buty? – zapytał Yabolman zanim zdążył pomyśleć.
- Zezuj.
Posłusznie, choć znowu bezmyślnie, skupił wzrok na czubku własnego nosa. Oczy zaszły mu łzami. Ale nawet przez te łzy widział, że Marysia nie jest zadowolona. Skupił jeszcze bardziej, ryzykując pęknięcie gałek ocznych.
- Sssatyryk… - wysyczała Beerwoman. Jak, nie przymierzając, żmija.
- Dowcipasssek… - podniosła stojący pod wieszakiem na płaszcze taboret.
- Bawi cię to, Jabolku – zapytała. Ale doprawdy, niewiele było w tym pytaniu czułości. Za to groźbę można było wyczuć na kilometr. Na wiele kilometrów.
Uniosła taboret nad głowę.
- To może pośmiejemy się razem – zaproponowała. Tadeusz wyskoczył przez kuchenne okno, zanim taboret przeleciał przez przedpokój.
***
- Tak dalej być nie może – myślał wlokąc się do ‘Kwaśnej Dziury’. – Coś trzeba z tym zrobić.
Ba, ale co? Homoseksualizm byłby jakimś rozwiązaniem. Tylko gdzie znaleźć geja podobnego do Beerwoman? Zresztą, gdyby nawet miał taką cudowną figurę i wspaniałą, zazwyczaj, osobowość – to i tak nie byłoby to samo. Mimo wszystko. Nie, homoseksualizm nie wchodził w rachubę.
A może można to leczyć? Jakaś maść może? Albo antybiotyk? Psychopata jakiś? Czy tam psycholog? Kto wie? Kto wie? To mogłoby pomóc. I jej, i jemu.
- To świetny pomysł – ucieszył się Tadeusz. Ale wyobraził sobie, jak proponuje Marysi wizytę u psychologa i mu przeszło. Fakt, miał już może swoje lata, ale i tak był za młody, żeby ginąć. Zwłaszcza z ręki ukochanej kobiety.
Tak wędrując, dumając i popijając winko (z filtrem UV, nowość na ryku, doskonałe na letnie dni) dotarł wreszcie do ‘Kwaśnej Dziury’. Odpalił komputer i zajął się walką z piractwem.
Tak, tak, prowadził tę walkę już od kilku tygodni. Planowo i systematycznie. Ale ostatnio zaczął się zastanawiać czy w jego planie nie ma jakiejś luki. Założenia były proste. Ściągnąć z netu wszystkie pirackie filmy, empetrójki, programy i gry. Wszystko co nielegalne. Ściągnąć, zgrać na płyty i zakopać w lesie. I niech sobie potem szukają, hehehe. Tylko, że coś chyba nie wyszło. ‘Kwaśna Dziura’ była zawalona prawie po sufit płytami z pirackim oprogramowaniem. Prezes ZAIKSu dostałby pewnie zawału widząc zbiory Yabolmana. A hollywoodzcy producenci spakowaliby manatki i uciekli z płaczem na Nową Zelandię, gdzie żłopiąc tanią whisky wspominaliby czasy dawnej, czy też może raczej, całkiem niedawnej świetności. Komendant mrągowskiego posterunku policji na pewno dostałby awans, gdyby przypadkiem zajrzał do kryjówki Yabolman. I to od razu do komendy głównej. Tylko Bill Gates, prawdopodobnie, niczego by nie zauważył. Ale nie o starego, poczciwego Billa tu chodziło. Rzecz w tym, że Tadeusz miał takie dziwne wrażenie, iż mimo jego wielotygodniowych starań, pirackiego gówna nie ubywało. Co gorsza, było go jakby coraz więcej. Nawet rzeczy, które już dawno miał na płytach wciąż tkwiły w zakamarkach sieci. Gdzie zatem tkwił błąd?
- Powinienem zapytać Marysię – stwierdził.
- Ale może nie dzisiaj – dodał natychmiast.
Bo chociaż może nie do końca rozumiał zasady działania Internetu, na działaniu Marysi znał się jak mało kto. Zresztą Marysia od razu chciałaby wiedzieć skąd w ogóle w ‘Kwaśnej Dziurze’ wziął się Internet. Musiałby jej opowiedzieć o biegnącym opodal kablu Telekomunikacji Polskiej S.A. I o tym jak udało mu się do tego kabla podczepić. Tak, to było wtedy kiedy tak śmierdział spalenizną. Nie, nie był wtedy na grillu. Śrubokręt miał słabą izolację. Owszem, troszkę minął się z prawdą, ale cel uświęca środki. Nie, nie chce trafić do celi. I nie, nie jest mu wstyd, ze okrada tę wspaniałą i powszechnie szanowaną instytucję. Dobrze, przemyśli sobie poważnie problem, czy można walczyć ze złodziejami, używając złodziejskich metod. Nawet jeśli metody policyjne zawodzą.
Tak właśnie będzie wyglądała ta rozmowa. Rozmowa, która być może odbędzie się jutro wieczorem. Albo nawet pojutrze rano.
- No nic, czas do domu – stwierdził zerknąwszy na zegarek. Już prawie północ. Marysia pewnie śpi. Powinno być bezpiecznie.
- Powinno być bezpiecznie – powtarzał to zdanie jak mantrę przez całą drogę powrotną.
- Powinno… - mruczał wspinając się po schodach.
- …być… - szepnął otwierając drzwi.
- …bez… - nadlatująca encyklopedia nie pozwoliła mu dokończyć myśli.
Zanim stracił przytomność, zdołał jeszcze zauważyć, że to tom zawierający hasła na literę ‘M’. Ten sam, który przeglądał, kiedy przegapił piętnastego kwietnia. I w którym, zdaje się, zostawił zakładkę. I zakreślone czerwonym, nomen omen, flamastrem, hasło ‘menopauza’.
***
Tadeusz ocknął się dopiero następnego dnia koło południa. Leżał w łóżku, a Marysia siedziała tuż obok i zmieniała właśnie kompres na jego czole. Wspominałem już, że coraz wyższym?
- Przepraszam Jabolku – szepnęła czule i podrapała go delikatnie za uchem. – Tak mi przykro. To się już więcej nie powtórzy. Obiecuję!
Tadeusz wierzył jej bez zastrzeżeń. Nie był tylko pewien, czy drzemiąca w niej bestia, aktualnie drzemiąca, słyszy tę obietnicę i czy, ewentualnie, będzie skłonna jej dotrzymać.
Marysia otworzyła stojącą na stoliku nocnym butelkę. Uśmiechnęła się słodko.
- Śniadanie?
- Co będziesz dzisiaj robił? – zapytała po chwili, kiedy już sapnął z ukontentowaniem i oddał jej puste szkło. – Masz jakieś plany?
- Owszem. Kapelę założę.
Nie była specjalnie zaskoczona. Znała go już dość długo. Zdążyła przywyknąć do jego nietuzinkowych pomysłów. Niektóre z nich zaczął realizować. Ze dwa nawet skończył. Tak, myśli Tadeusza zdecydowanie chadzały ścieżkami niedostępnymi innym ludziom. Kto wie co jeszcze kłębiło się w jego głowie. W głowie, która należy pamiętać, została wczoraj ugodzona całkiem pokaźną książką. W twardej oprawie.
- Dobrze kochanie – powiedziała w końcu po krótkiej chwili milczenia. – A jak skończysz, wymień żarówkę w kibelku. Chyba się przepaliła.
To dobrze kiedy mężczyzna znajduje oparcie w ukochanej kobiecie.
Yabolman chodził przez cały dzień dziwnie milczący i zamyślony. Nie tyle może chodził, co siedział na krześle. Popijał wino i wpatrywał się w sufit. Czasami przymykał oczy i szeptał cichutko do siebie. Potem kręcił głową i znowu popijał. I wpatrywał się. I szeptał. I popijał.
Marysia zaczynała się martwić. Podejrzewała wstrząśnienie mózgu. Albo nawet jakieś trwałe uszkodzenie. To była naprawdę ciężka książka. Niby był superbohaterem. Niby był twardy. Ale głowę zawsze miał delikatną. Mogła mu, niechcący przecież, wyrządzić prawdziwą krzywdę. Tylko po czym to poznać? Szczególnie u Yabolmana?
Zmierzchało już kiedy Tadeusz poderwał się z krzesła, upadł na podłogę, bo ścierpły mu nogi, potem poderwał się znowu, tym razem z podłogi, podskoczył rześko raz i drugi, stanął na środku pokoju i zawołał:
- The Stabilizacja!
- A więc jednak – pomyślała Marysia i sięgnęła po telefon. Tym razem nie obędzie się bez pomocy lekarskiej. Chociaż z drugiej strony… Zatrzymała się wpół gestu i usiłowała przypomnieć sobie jakikolwiek znany przypadek udanej pomocy lekarskiej. Po chwili zrezygnowała. Yabolman tymczasem, wciąż stojąc na środku pokoju, wzniósł ręce ku sufitowi i powtórzył:
- The Stabilizacja!
- Może by go walnąć z drugiej strony? – kombinowała coraz bardziej przestraszona Marysia. – Może mu się wyrówna?
- The Stabilizacja! – Tadeusz najwyraźniej delektował się brzmieniem tego słowa.
Marysia ruszyła powoli w stronę półki z książkami. Tak, czasami najlepsze są najbardziej radykalne metody. Trzeba się leczyć tym, od czego się zachorowało. Przecież w przypadku ukąszenia przez jadowitego węża, podaje się ukąszonemu rozcieńczony jad. Chyba.
- Nawet jeśli nie pomoże – myślała sięgając po encyklopedię – to na pewno nie zaszkodzi. Najwyżej znowu straci przytomność. Co to dla niego. Przyzwyczajony jest.
- The Stabilizacja! Marysiu! Wyrąbana pod samo niebo nazwa dla kapeli!
- Dla kapeli… - z Marysi uszło powietrze.
- Tak dwuznaczna! Taka przewrotna!
- Przewrotna…
- No! Że niby, rozumiesz, stabilizacja! Że niby, kojarzysz, wszystko gra! A tu nagle to ‘the’! I zupełnie nowy sens! Świetne, nie?
- Świetne – westchnęła Beerwoman i poszła do kuchni napić się piwa. I wypalić skręta. A po kwadransie, zupełnie już spokojna i wyluzowana, zasnęła przytulona do swojego superbohatera, który nawet przez sen mruczał cichutko:
- The Stabilizacja.
***
Tadeusz pisał teksty. A właściwie – tekst. Jeden. Od trzech dni. Przesadą byłoby stwierdzenie, że szło mu dobrze. Męczył się jak Kayah nad ‘Testosteronem’. Tylko, że on nie pisał o pierdołach. Punkowy tekst, to nie jakieś durnowate ‘oskarżam cię o łez strumienie, cóś tam, cóś tam’. Punkowy tekst musi mieć przesłanie. Zaangażowany musi być. I zbuntowany koniecznie. I tu właśnie tkwił problem. Tadeusz nie bardzo wiedział, przeciwko czemu powinien się buntować facet w jego wieku. Owszem, było sporo rzeczy, które go wkurzały. Ostania podwyżka akcyzy na wina, na przykład. Ale żeby zaraz o tym śpiewać. O akcyzie? Głupio trochę. Najprościej chyba pojechać po systemie. Podobno się zmienił jakiś czas temu, ale Yabolman nie bardzo zauważył różnicę. W końcu system, to system. Każdy jest zły.
- Marysiu, mam już pierwszą zwrotkę, chcesz posłuchać?
Chciała.
- Olewaj system, olewaj system
Po tym poznaje się anarchistę.
Olewaj szkołę, olewaj szkołę,
Mówię ci, dobrze jest być matołem.
Olewaj władzę, olewaj władzę,
Olewaj wszystko, dobrze ci radzę.
Olewaj wszystko z wielkim zacięciem,
Nie lej na druty – są pod napięciem.
- Świetne – wychrypiała Marysia, kiedy już przestała kaszleć. Nie wspominała, że jest przeziębiona. – Bardzo dwuznaczne. I przewrotne. Tak, zdecydowanie przewrotne. Musisz tylko, Jabolku, wykombinować do tego jakąś dwuznaczną muzykę. Dwuznaczną i przewrotną.
Tadeusz miał takie dziwne wrażenie, że się z niego nabija. Już miał się obrazić, kiedy z całą mocą dotarł do niego sens jej słów.
Muzyka!
Wiedział, po prostu wiedział, że o czymś zapomniał.
***
- Jabolku! Co to jest?
- Gitara – wyszeptał Tadeusz z zachwytem.
- Basowa - dodał. – Defil. Luna. Dwa.
Oczy miał maślane, głos drżał mu lekko z podniecenia. Marysi zrobiło się przykro. Ostatnio zachowywał się tak, gdy pierwszy raz zobaczył ją bez bluzeczki. Auć! Poczuła dziwne ukłucie. Czyżby zazdrość? I o co? O to stare pudło z obłażącym lakierem?
- Ale ty nie umiesz grać na basie – zauważyła całkiem słusznie.
- Nie szkodzi. Nauczę się – Yabolman nigdy nie przejmował się drobiazgami. Nawet jeśli nikt poza nim nie uważał ich za drobiazgi. – Sid dał radę, to ja też dam.
Też sobie znalazł idola! Beerwoman postanowiła nie przypominać mu jak bardzo Sid Vicious dał radę. Poza tym… Jeszcze raz obejrzała ledwo trzymającego się kupy Defila. I dostrzegła kilka szczegółów, których zachwycony Tadeusz najwyraźniej nie dostrzegał. Uśmiechnęła się, pogładziła go po rzednącym irokezie i pocałowała delikatnie w policzek.
- Oczywiście, że dasz radę Jabolku. Będę trzymała kciuki.
Yabolman poważnie wziął się do roboty. Ćwiczył po kilka godzin dziennie. Biegał z gitarą po przedpokoju, stawał przed lustrem, kiwał się na wszystkie strony, padał na kolana i w ogóle – dawał czadu. I przyznać trzeba, że szło mu coraz lepiej. Chociaż musiał dość często robić sobie przerwy. Już ci to z powodu pragnienia, jak sam twierdził, już ci to z powodu zadyszki, jak twierdziła Marysia, która wciąż uśmiechnięta, wiernie kibicowała jego poczynaniom.
Wreszcie, po dwóch tygodniach, Tadeusz poczuł, że jest gotów.
- Wiesz Marysiu, czuję, że jestem gotów.
- To bardzo dobrze, Jabolku. Najwyższy czas.
- Najwyższy czas na co?
- Najwyższy czas założyć jakieś struny do tej twojej gitary.
***
I taki był koniec kapeli ‘The Stabizacja’. Trochę szkoda. To była bardzo dobra nazwa. Taka dwuznaczna. I taka przewrotna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz